Polski kierowca ciężarówki zmarł na terenie fabryki Stellantis w Miluzie – CGT alarmuje: to trzecia taka śmierć w półtora roku
63-letni kierowca z Polski zatrudniony przez podwykonawcę zmarł na zawał serca na terenie fabryki Stellantis w Miluzie. Wszczęto dochodzenie, CGT mówi o morderczym tempie pracy kierowców.
Wizualizacja wygenerowana przez SI. Nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia ani jego uczestników - Aktualności.FR 63-letni polski kierowca ciężarówki zmarł w środę 14 października na terenie fabryki samochodów Stellantis w Miluzie (Mulhouse) w departamencie Haut-Rhin. Jak podaje lokalne radio publiczne ICI Alsace, mężczyzna, zatrudniony przez podwykonawcę koncernu, doznał zawału serca na jednej z ramp logistycznych zakładu. Wszczęto dochodzenie w celu wyjaśnienia przyczyn śmierci. Związek zawodowy CGT zwraca uwagę, że to już trzeci zgon kierowcy z firmy podwykonawczej na terenie tej fabryki w ciągu 18 miesięcy.
Spis treści
Trzy zgony zagranicznych kierowców
Według regionalnej telewizji France 3 Grand Est wcześniej, 25 czerwca 2026 r., w czasie upałów kierowca z Hiszpanii w wieku około 60 lat spadł z wysokości 4 metrów podczas załadunku samochodu na górny poziom lawety. Zmarł dwa dni później w szpitalu. 29 kwietnia 2025 r. 60-letni kierowca z Czech zmarł na zawał serca w kabinie ciężarówki w strefie odpoczynku na terenie zakładu.
„To nie jest przypadek. To organizacja pracy sprawia, że robotnicy umierają w miejscu pracy” – mówi delegat CGT w Stellantis Mulhouse Salah Keltoumi. Wskazuje na presję terminów i strategię „zerowych zapasów” stosowaną przez koncern i jego podwykonawców.
„Magazyny na kołach”
Jak tłumaczy związkowiec, jeszcze dziesięć lat temu fabryka miała zapas części na dwa-trzy tygodnie produkcji, a dziś pracuje w systemie dostaw na bieżąco. „Zapasy jeżdżą po drogach w ciężarówkach, a kierowcy muszą dostarczyć towar na czas, inaczej produkcja staje” – podkreśla.
CGT pisze o ciężarówkach zamienionych w „magazyny na kołach” i o kierowcach zatrudnianych najczęściej przez firmy z Europy Wschodniej lub Hiszpanii, którzy każdego dnia pokonują ogromne odległości, śpią i jedzą w kabinach. „Kierowcy są pozostawieni sami sobie, pracują w niemożliwych godzinach, jedzą w biegu” – mówi Salah Keltoumi. Zdaniem związku część odpowiedzialności ponosi Stellantis, bo to koncern decyduje o zlecaniu transportu podwykonawcom i podpisuje z nimi umowy.
Stellantis: procedury zadziałały
Kierownictwo zakładu w Miluzie przekazało France 3 krótkie oświadczenie. Firma jest „głęboko poruszona” tymi zdarzeniami i łączy się z rodzinami i bliskimi zmarłych. Jak zapewnia, w każdym przypadku natychmiast uruchomiono procedury ratunkowe, a łańcuch pomocy zadziałał bez zarzutu. Z szacunku dla rodzin koncern nie chce szerzej komentować poszczególnych przypadków.